JESIENNE małe uzależnienia

JESIENNE małe uzależnienia


Herbatka, tudzież kawa
Budzę się rano. Jedyne co słyszę to głos w mojej głowie, który mówi zostań jeszcze chwilkę, nie wstawaj, tutaj jest cieplutko. Podnoszę się gwałtownie, jakby miało mi to pomóc, ostatecznie zataczając się, bo mój błędnik nie odnalazł jeszcze równowagi (i za pewne sam jeszcze spał w najlepsze). Ledwie stojąc na nogach idę do kuchni. Kieruję się do czajnika. Wstawiam wodę. Wyciągam mój turkusowy kubek i wsypuję do niego łyżeczkę zielonej herbaty. Zalewam wysuszone, aromatyczne liście niezupełnie wrzącą wodą. Herbata gotowa. Teraz czas, aby ostygła.
Algorytm postępowania jest równie banalny jeśli chodzi o kawę. Najlepsza jest ta z mlekiem sojowym. Polecam.

Koc
Wracając do domu już myślę, jak wygodnie będzie mi w dresie. Ledwie przekraczam próg domu, wskakuję w wygodne ubrania.. i chwytam za koc. Albo kołdrę. Byleby mi było cieplutko (oczywiście jeśli za oknem hula już dość chłodny wiatr, bo nie jestem desperatką, aby w 25 stopniach owijać się czymkolwiek). To jest moja chwila. Chwytam za kubek z herbatą lub kawą, a mój byt kreuje się jako szczęśliwy naleśnik.

Swetry
Cecha zmarźlucha w moim przypadku jest widoczna każdego poranka. Nie jestem w stanie trzeźwo myśleć, a myśli uciekają w stronę co ubrać, aby przetrwać kolejny jesienny dzień. Stojąc przed szafą, wybierając ubrania, przechodzi przeze mnie dreszcz. Jeszcze chwila i chyba wyjdę z siebie. Grzebię między wieszakami, w szufladach, szafie.. mój umysł nie jest w stanie racjonalnie utworzyć konkretnego tworu, w którym mam spędzić większość całego dnia. W końcu ratuje mnie sweter. Miękki i przyjemny. Po jego nałożeniu rozchodzące ciepło sprawia, że czuję się jak nowo narodzona.
W końcu mogę ubrać swetry. I bluzy.. i wszystkie milusińskie rzeczy.
Szkolne perypetie

Szkolne perypetie


Roku szkolny, jak dobrze, że wróciłeś! Chciałabym tak pomyśleć, aczkolwiek moje myśli raczej uciekają w kierunku dlaczego mi wieje taką nudą i niechęcią do szkoły. Przecież to dopiero drugi tydzień! Zwykłe szkolne zajęcia odbierają mi chęć wybrania się nawet na plastykę, bo po 8 godzinach lekcyjnych jestem ledwo żywa. 

Czy jest jakiś przepis na to, aby polubić szkołę? Czuję się jakby zabijała we mnie naturalną ciekawość. Nie mam ochoty siedzieć nad jakimiś beznadziejnymi działaniami, czy wiązaniami. Co z tego, że się nauczę, skoro i tak odejdzie to w niepamięć i nie będę umiała odnaleźć zastosowania tego w rzeczywistości? Przytłacza mnie zarazem ogromna niechęć i bezsilność. Sam system oceniania sprawia, że odczuwam wieczną walkę o cyferki i o to, żeby być w czymś najlepszą. 

Piję zieloną herbatę z owocami leśnymi i staram się jak najbardziej oddalić od siebie myśl, że muszę się wziąć za fizykę i biologię. Przy okazji za historię, jakby tego było mało. Obliczam ile czasu zajmie mi wykonanie własnej notatki (nie lubię tych "podręcznikowych"), jak długo będę się tego uczyć i w jakim czasie zrobię wszystkie zadania na jutrzejszy dzień. Wizja ta, nie jest specjalnie optymistyczna, a ja pogrążam się w tym wszystkim. 

Co sprawia, że nadal się uczę? Wizja dobrej oceny? Fakt, że nie chcę być najgorsza? Może po prostu z przyzwyczajenia... W sumie został mi tylko rok gimnazjum. Mam nadzieję, że liceum okaże się nieco zbawianiem, ze względu na inny klimat, obcy budynek i nowych ludzi. Nie wiem co o tym myśleć. Mam dość szkoły.
Papierowe internety

Papierowe internety


Usunęło się. Pusta strona, na której powinna znajdywać się treść nowego posta. Jestem zawiedziona i bezradna, bo opcja ctrl+z nic nie daje. Błąd, którego nie da się już naprawić, bo kapryśny blogger się zawiesił, a ja odświeżyłam stronę. 

Przypuszczam, że zabiorę się za wcześniej poruszony temat raz jeszcze, ale wiadomo - nie da się niczego odtworzyć słowo w słowo. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cała forma nowej notki bardzo mi się podobała, a teraz ją utraciłam. Temat jak najbardziej na czasie - jesień, tyle Wam zdradzę. 

Nie chcę wypaść z rytmu, więc dzielę się z Wami moimi żalami, że utraciłam zawartość wcześniej przygotowanego wpisu. Żałuję, że nie zrobiłam sobie kopii zapasowej w wordzie. Na to wychodzi, że tak musiało się stać, abym w końcu zaczęła to robić (akurat ostanio zaczęłam się nad tym zastanawiać, czyli wilk z lasu wywołany). 

Czasami to zwykły post, czasami cała prezentacja przygotowywana na historię przez poprzednie 3 godziny, która ma miejsce następnego dnia. Szlag człowieka trafia, co tu kryć. Internet płata figle, co tylko dowodzi, że papier ma swoją moc. Ale nie chce mi się przepisywać postów z papieru na komputer. Chyba po prostu jestem leniem.
źródło zdjęcia 

Rada dla Was blogerów i dla mnie: Zawsze zapisujcie swoje posty w wordzie, albo innym pisiadle.
Copyright © 2014 KAKTUSOWY SAD , Blogger